Scooter od początku we mnie wierzył. Kiedy tylko ogarniały mnie wątpliwości albo nie byłem pewien, czy coś mi się uda, on zapewniał mnie, że wszystko jest możliwe. Mówił:
„Tylko jedna rzecz jest w stanie cie powstrzymać: ty sam. Ludzie, którzy odpadają z tego biznesu, naprawdę utalentowani ludzie, nigdy nie ponoszą klęski z powodu muzyki, ale osobowości. Skup się i nigdy nie patrz na to, co mówią inni. To nie twój problem, to ich problem. Dobre rzeczy nie przychodzą łatwo”.
Scooter wiele mnie nauczył przez tych kilka lat. Dzięki jego radom udawało mi się skupić na celu i podążać wytyczoną drogą. W kwestiach, których jako dzieciak nie rozumiałem, on wykazywał się mądrością i doświadczeniem. Dba o mnie tak bardzo, że czasami mnie to wkurza, ale wiem, że chce dla mnie jak najlepiej. Kiedy trochę podrosłem, zrozumiałem, że jego mądrość miała na mnie ogromny wpływ. Mam też ogromne szczęście, ze otaczający mnie ludzie są naprawdę rozsądni i nie rozpieszczają mnie na śmierć. To byłoby strasznie, bo naprawdę chciałbym mieć szansę uczyć się na błędach innych. Poza tym mam najlepszą ekipę na świecie i to nie przez przypadek.
Moja relacja z Usherem wygląda tak, że jestem dla niego jak młodszy brat. Kiedy pracujemy razem w studiu i Usher wchodzi do kabiny, w pewnym sensie przechodzę w tryb podziwu. Nagraliśmy razem duet do Under the Mistletoe („Pod jemiołą”) pt. The Christmas Song („Świąteczna piosenka”), a ponieważ jestem bardzo ambitny, chciałem śpiewać tak jak on. To był nasz pierwszy wspólny kawałek, odkąd przeszedłem mutację, ale chociaż jest jednym z moich muzycznych idoli, nie miałem zamiaru oddawać mu pola, więc przyłożyłem się do tych niższych partii i obciążyłem je falsetem. Kiedy jednak słyszę, jak on śpiewa, i widzę, co jest w stanie zrobić, zawsze przypominam sobie, czemu traktuję Ushera jak mentora i dlaczego zawsze będę jego wiernym fanem. Ale mam prawdziwe szczęście, bo mogę powiedzieć, że jest dla mnie jeszcze lepszym przyjacielem niż mentorem. Niesamowity z niego gość.
W pewnym sensie czuję się, jakbym miał starsze rodzeństwo, które kontroluję mnie, gdy zaczynam przekraczać granice. Scooter, Usher, Kenny, Fredo, Allison, Ryan, Matrix, Scrappy, Moshe (mój ochroniarz), Mike i Dan - zawsze mnie wspierają i nie pozwalają, żebym naprawdę coś poważnie nabroił. Czasami się kłócimy, ale zawsze wiem, że każde z nich mnie wspiera, a ja wpieram ich.
Wszyscy razem stanowimy rodzinę, a nasza więź opiera się na lojalności i zaufaniu. Jesteśmy prawdziwymi braćmi.
sobota, 3 sierpnia 2013
środa, 24 lipca 2013
Śpiewać dla prezydenta ♥
Po raz pierwszy poproszono mnie, żebym zaśpiewał dla prezydenta Obamy i jego rodziny podczas koncertu z okazji Świat Bożego Narodzenia, 23 grudnia 2009 roku. Wykonałem Somebody at Christmas Steviego Wondera. To był prawdziwy zaszczyt i jeden z niewielu momentów, kiedy naprawdę zżerała mnie trema. Jeśli obejrzycie nagranie, poznacie to po moich rękach, bo nie miałem pojęcia, co z nimi zrobić. Byłem jak Will Ferrell w Talladega Nights! Trochę się też martwiłem o swój głos - nadwerężyłem gardło w czasie trasy i bałem się, że nie będę mógł śpiewać. Dosłownie miałem zakaz mówienia aż do momentu wejścia na scenę.
Wszyscy wiedzą, że jestem osobą mocno wierzącą, więc czułem w sercu, że cokolwiek się wydarzy, Bóg będzie ze mną - i rzeczywiście tak było. Tuż przed tym, jak wkroczyłem na scenę, cała moja trema nagle zniknęła. Wiedziałem, że Bóg wysłuchał moich modlitw i nie opuści mnie w trakcie występu. Dlatego tamtej nocy czułem się, jakby prezydent nie był jednym potężnym kolesiem, który mnie wtedy słuchał - czułem się, jakbym śpiewał również dla Boga. To się nazywa publiczność! Zero presji!
Mimo to zdarzyło się coś przedziwnego. Kiedy tylko zacząłem śpiewać, usłyszałem, ze mój głos brzmi całkiem nieźle. Już wiele razy wykonywałem Somebody at Christmas w kościele, więc świetnie znałem tę piosenkę. I chociaż wiedziałem, że lepiej nie nadwerężać gardła, pod koniec utworu poczułem, że powinienem spróbować wyjątkowo wysokiego dźwięku - i tak zrobiłem. Spróbowałem i udało się - Pan był ze mną! Śpiewanie dla prezydenta było czymś szczególnym, ale spotkanie z nim później było jeszcze bardziej wyjątkowe. Wszyscy ściskali jego dłoń i witali się bardzo formalnie, a ja tylko powiedziałem: „Co tam słychać?" - i podałem mu rękę jak kumplowi. Całe szczęście uznał, że to zabawne!
Rodzina prezydenta była chyba zadowolona z występu, bo zaprosili mnie znowu w czasie Wielkanocy w 2010 roku. Poszedłem ze Scooterem, mamą i Kennym Hamiltonem (moim menadżerem i byłym ochroniarzem). Kiedy skończyliśmy szukać jajek wielkanocnych, zapytano nas, czy chcielibyśmy przyjść do Gabinetu Owalnego na spotkanie z prezydentem. Musicie przyznać, że to już coś! Kiedy tam poszliśmy, Kenny powiedział prezydentowi, że służył w marynarce wojennej i poprosił o wspólne zdjęcie. Kiedy pozowali, prezydent podziękował Kenny'emu za służbę dla kraju. Kenny się dosłownie rozpłakał, wychodząc z pokoju - to były łzy dumy i wdzięczności za słowa prezydenta.
Prezydent Obama to naprawdę fajny koleś i po tamtym dniu zrozumiałem, czemu tak wielu ludzi go ceni.
Wszyscy wiedzą, że jestem osobą mocno wierzącą, więc czułem w sercu, że cokolwiek się wydarzy, Bóg będzie ze mną - i rzeczywiście tak było. Tuż przed tym, jak wkroczyłem na scenę, cała moja trema nagle zniknęła. Wiedziałem, że Bóg wysłuchał moich modlitw i nie opuści mnie w trakcie występu. Dlatego tamtej nocy czułem się, jakby prezydent nie był jednym potężnym kolesiem, który mnie wtedy słuchał - czułem się, jakbym śpiewał również dla Boga. To się nazywa publiczność! Zero presji!
Mimo to zdarzyło się coś przedziwnego. Kiedy tylko zacząłem śpiewać, usłyszałem, ze mój głos brzmi całkiem nieźle. Już wiele razy wykonywałem Somebody at Christmas w kościele, więc świetnie znałem tę piosenkę. I chociaż wiedziałem, że lepiej nie nadwerężać gardła, pod koniec utworu poczułem, że powinienem spróbować wyjątkowo wysokiego dźwięku - i tak zrobiłem. Spróbowałem i udało się - Pan był ze mną! Śpiewanie dla prezydenta było czymś szczególnym, ale spotkanie z nim później było jeszcze bardziej wyjątkowe. Wszyscy ściskali jego dłoń i witali się bardzo formalnie, a ja tylko powiedziałem: „Co tam słychać?" - i podałem mu rękę jak kumplowi. Całe szczęście uznał, że to zabawne!
Rodzina prezydenta była chyba zadowolona z występu, bo zaprosili mnie znowu w czasie Wielkanocy w 2010 roku. Poszedłem ze Scooterem, mamą i Kennym Hamiltonem (moim menadżerem i byłym ochroniarzem). Kiedy skończyliśmy szukać jajek wielkanocnych, zapytano nas, czy chcielibyśmy przyjść do Gabinetu Owalnego na spotkanie z prezydentem. Musicie przyznać, że to już coś! Kiedy tam poszliśmy, Kenny powiedział prezydentowi, że służył w marynarce wojennej i poprosił o wspólne zdjęcie. Kiedy pozowali, prezydent podziękował Kenny'emu za służbę dla kraju. Kenny się dosłownie rozpłakał, wychodząc z pokoju - to były łzy dumy i wdzięczności za słowa prezydenta.
Prezydent Obama to naprawdę fajny koleś i po tamtym dniu zrozumiałem, czemu tak wielu ludzi go ceni.
wtorek, 23 lipca 2013
Nowy Jork cz.2 ♥
Choć osiągnęliśmy nasz cel i wyprzedaliśmy bilety na Madison Square Garden, tak naprawdę nigdy tego nie uczciliśmy - bo to był dopiero pierwszy krok. Teraz musieliśmy stworzyć wspaniały show, który trwale zapisze się w pamięci wielu moich fanów. Po raz pierwszy byłem gwiazdą trasy koncertowej i musiałem udowodnić wszystkim, że stać mnie na to, by mieć własny show. Żeby ludzie chcieli wrócić na następną trasę i następną, i następną. Ta trasa zorganizowana była w równej mierze dla naszych fanów, co dla nas.
Rozpoczęliśmy koncertem w XL Center w Hartford w stanie Connecticut 23 czerwca 2010 roku i zagraliśmy jeszcze trzydzieści osiem koncertów, zanim trafiliśmy do Madison Square Garden 31 sierpnia. Jeśli oglądaliście film Never say never („Nigdy nie mów nigdy”), macie całkiem niezłe pojecie, jak wyglądałyby tamte dni. A jeśli go jeszcze nie widzieliście, koniecznie to nadróbcie! To naprawdę świetny sposób, żeby zobaczyć, jak wygląda trasa - jak wiele radochy sprawia nam przygotowanie koncertów i spotkania z fanami, ale też jak wielka ciąży na nas presja.
Moje gardło kiepsko znosiło tak częste występy i gdy zbliżał się koncert w Nowym Jorku, śpiewałem coraz gorzej. Mniej więcej tydzień przed występem lekarze kazali mi oszczędzać głos między koncertami, inaczej ryzykowałem trwały uszczerbek na zdrowiu. Chociaż nie mogłem mówić, mogłem pisać, więc komunikowałem się z fanami za pośrednictwem Twittera i mojej ekipy, która gadała zamiast mnie. Rzadko się czegoś boję, ale tamtego wieczoru martwiłem się trochę, że nie będę u szczytu swoich możliwości. Chcę, żeby wszystkie moje koncerty były doskonałe, ale ten w Madison Square Garden miał dla mnie szczególne znaczenie. Wiele zależało od tamtego koncertu, nawet jeśli tylko ja wiedziałem, jaki był prawdziwy powód.
Chociaż nie byłem w stu procentach zdrowy, lekarze pozwolili mi na występ. Dlaczego wieczorem 31 sierpnia 2010 roku stanąłem na jednej z najsłynniejszych scen świata i powiedziałem:
- Co tam słychać w Nowym Jorku? Witajcie w moim świecie. Będziemy się dzisiaj świetnie bawić. Przygotowałem dla Was mnóstwo niespodzianek! - Byłem naprawdę podekscytowany, że gram w Madison Square Garden, a do tego przyszło mnóstwo fanów, by wspierać mnie w tak ważnym punkcie mojej kariery. Chciałem pokazać im show, którego nigdy nie zapomną, więc przyszykowałem kilka niespodzianek, które - miałem nadzieję - zaprą im dech w piersiach.
Na scenie dołączyły do mnie największe gwiazdy, w tym Usher, Boyz II Men, Ludacris, Sean Kingston, Jaden Smith i Miley Cyrus. Koncert był świetny, a publiczność wspaniała. Tak jak śpiewa Frank Sinatra, „Jeśli dotarłeś tutaj, możesz dotrzeć wszędzie” (If you can make it there, you can make it anywhere). Byłem bardzo dumny, bo przez cały następny tydzień o naszym show pisano w nowojorskiej prasie i na blogach jako o jednym z największych wydarzeń w historii Madison Square Garden. Ludzie byli zachwyceni. Nawet po raz pierwszy zaczęło mnie porównywać do mojego idola, Michaela Jacksona. Byłem w siódmym niebie.
W czasie całej trasy zapowiadałem swój kawałek „Never say never”, dzieląc się z publicznością moim mottem.
- W Waszym życiu pojawiają się chwile, kiedy ktoś okłamie Was, mówiąc, że nie możecie czegoś zrobić. Oto co im powiem: „Nigdy nie mów nigdy” (Never say never). - Te słowa nigdy nie znaczyły dla mnie tyle, co tamtej nocy. Koncert w Madison Square Garden był jedną z najważniejszych chwil w mojej karierze i nigdy go nie zapomnę.
Rozpoczęliśmy koncertem w XL Center w Hartford w stanie Connecticut 23 czerwca 2010 roku i zagraliśmy jeszcze trzydzieści osiem koncertów, zanim trafiliśmy do Madison Square Garden 31 sierpnia. Jeśli oglądaliście film Never say never („Nigdy nie mów nigdy”), macie całkiem niezłe pojecie, jak wyglądałyby tamte dni. A jeśli go jeszcze nie widzieliście, koniecznie to nadróbcie! To naprawdę świetny sposób, żeby zobaczyć, jak wygląda trasa - jak wiele radochy sprawia nam przygotowanie koncertów i spotkania z fanami, ale też jak wielka ciąży na nas presja.
Moje gardło kiepsko znosiło tak częste występy i gdy zbliżał się koncert w Nowym Jorku, śpiewałem coraz gorzej. Mniej więcej tydzień przed występem lekarze kazali mi oszczędzać głos między koncertami, inaczej ryzykowałem trwały uszczerbek na zdrowiu. Chociaż nie mogłem mówić, mogłem pisać, więc komunikowałem się z fanami za pośrednictwem Twittera i mojej ekipy, która gadała zamiast mnie. Rzadko się czegoś boję, ale tamtego wieczoru martwiłem się trochę, że nie będę u szczytu swoich możliwości. Chcę, żeby wszystkie moje koncerty były doskonałe, ale ten w Madison Square Garden miał dla mnie szczególne znaczenie. Wiele zależało od tamtego koncertu, nawet jeśli tylko ja wiedziałem, jaki był prawdziwy powód.
Chociaż nie byłem w stu procentach zdrowy, lekarze pozwolili mi na występ. Dlaczego wieczorem 31 sierpnia 2010 roku stanąłem na jednej z najsłynniejszych scen świata i powiedziałem:
- Co tam słychać w Nowym Jorku? Witajcie w moim świecie. Będziemy się dzisiaj świetnie bawić. Przygotowałem dla Was mnóstwo niespodzianek! - Byłem naprawdę podekscytowany, że gram w Madison Square Garden, a do tego przyszło mnóstwo fanów, by wspierać mnie w tak ważnym punkcie mojej kariery. Chciałem pokazać im show, którego nigdy nie zapomną, więc przyszykowałem kilka niespodzianek, które - miałem nadzieję - zaprą im dech w piersiach.
Na scenie dołączyły do mnie największe gwiazdy, w tym Usher, Boyz II Men, Ludacris, Sean Kingston, Jaden Smith i Miley Cyrus. Koncert był świetny, a publiczność wspaniała. Tak jak śpiewa Frank Sinatra, „Jeśli dotarłeś tutaj, możesz dotrzeć wszędzie” (If you can make it there, you can make it anywhere). Byłem bardzo dumny, bo przez cały następny tydzień o naszym show pisano w nowojorskiej prasie i na blogach jako o jednym z największych wydarzeń w historii Madison Square Garden. Ludzie byli zachwyceni. Nawet po raz pierwszy zaczęło mnie porównywać do mojego idola, Michaela Jacksona. Byłem w siódmym niebie.
W czasie całej trasy zapowiadałem swój kawałek „Never say never”, dzieląc się z publicznością moim mottem.
- W Waszym życiu pojawiają się chwile, kiedy ktoś okłamie Was, mówiąc, że nie możecie czegoś zrobić. Oto co im powiem: „Nigdy nie mów nigdy” (Never say never). - Te słowa nigdy nie znaczyły dla mnie tyle, co tamtej nocy. Koncert w Madison Square Garden był jedną z najważniejszych chwil w mojej karierze i nigdy go nie zapomnę.
Nowy Jork cz.1 ♥
31 sierpnia 2010
Zanim zobaczyłem swój pierwszy koncert w Madison Square Garden, nie do końca zdawałem sobie sprawę, co to znaczy grać na wypełnionej po brzegi legendarnej sali, ale pod koniec dnia rozumiałem już, że to jedna z najbardziej znanych sal koncertowych na świecie. Wtedy jeszcze z trudem pojmowałem znaczenie takich chwil, bo byłem bardzo młody i świeży w show-biznesie. Ale kiedy mój menadżer Scooter kazał mi usiąść i wyjaśnił, że grali tutaj The Beatles, Frank Sinatra i Michael Jackson, wreszcie zrozumiałem, że koncert w MSG to ogromne osiągnięcie dla każdego wykonawcy. Jednak wtedy liczyło się dla mnie tylko to, że grała tam Taylor Swift.
Teraz pewnie zastanawiacie się, czemu zwróciłem uwagę akurat na Taylor, skoro przez te wszystkie lata występowało tam tylu artystów. Odpowiedź jest bardzo prosta. To w MSG, w sierpniu 2009, widziałem ją po raz pierwszy na scenie przed pełną salą. Poza tym to wtedy też pierwszy raz byłem na koncercie, gdzie cała rzesza fanów wyciągała ręce do góry, by poczuć więź wykonawcą. Tamtej nocy, gdy obaj staliśmy pośród tłumu, spojrzałem na Scootera i powiedziałem mu:
- Właśnie to chcę robić do końca życia. - i zanim zdążył odpowiedzieć, dodałem: - I ... chcę tu zagrać przed pełną widownią.
- Właśnie to chcę robić do końca życia. - i zanim zdążył odpowiedzieć, dodałem: - I ... chcę tu zagrać przed pełną widownią.
Scooter uśmiechnął się i odrzekł:
- Słuchaj, jestem pewien, że kiedyś ci się uda, ale na razie jesteś na początku kariery i pewnie zajmie ci to kilka lat.
- Słuchaj, jestem pewien, że kiedyś ci się uda, ale na razie jesteś na początku kariery i pewnie zajmie ci to kilka lat.
Kilka lat? Żartował czy co?
Ja chciałem tego dokonać w następnym roku. Miałem gdzieś, ile będzie mnie to kosztować wysiłku. Taki był mój cel. I naprawdę mi zależało.
Ja chciałem tego dokonać w następnym roku. Miałem gdzieś, ile będzie mnie to kosztować wysiłku. Taki był mój cel. I naprawdę mi zależało.
Dlatego dla całej reszty koncert w Madison Square Garden był historycznym wydarzeniem - ostatecznym dowodem, że osiągnęliśmy sukces. Ale dla mnie to było zrealizowanie celu - zdaniem wszystkich „niemożliwego” do osiągnięcia przez dzieciaka znanego z klipów na YouTube, który nie wygrał żadnego konkursu talentów, nie grał w znanym serialu ani nie miał wystarczająco poważnych znajomości.
O tak, poczułem w powietrzu wyzwanie i miałem zamiar je podjąć, choćby kosztowało mnie to mnóstwo pracy.
Oczami wyobraźni widziałem nas rzucających wyzwanie całemu światu i wiedziałem, że jeśli uda mi się zapełnić Madison Square Garden, udowodnimy, że mogę wszystko. Dlatego, chociaż nie było łatwo, mieliśmy zamiar tego dokonać.
Ku naszemu zaskoczeniu, dokładnie rok później Scooter przyszedł do mnie z wieścią, że udało nam się sprzedać bilety na amerykańską trasę w dwa dni, a na koncert w Madison Square Garden w dwadzieścia dwie minuty.
W pierwszej chwili rzuciłem tylko:
-Że co?
-Że co?
Chociaż tak ciężko na to pracowałem, nadal nie bardzo rozumiałem, co Scooter do mnie mówi. Dlatego zapytałem:
-To dobrze czy źle?
-Mały, to dobrze, naprawdę dobrze. Tylko najlepsi wykonawcy mogą wyprzedać bilety na całą trasę w dwa dni, a tylko najlepsi z najlepszych mogą tak szybko zapełnić MSG. Jestem z ciebie dumny.
-To dobrze czy źle?
-Mały, to dobrze, naprawdę dobrze. Tylko najlepsi wykonawcy mogą wyprzedać bilety na całą trasę w dwa dni, a tylko najlepsi z najlepszych mogą tak szybko zapełnić MSG. Jestem z ciebie dumny.
Początek cz.2 ♥
Bez Was, bez moich fanów, daleko bym nie zaszedł. Dzięki Wam robię to, co kocham. Bez Waszego oddania i wsparcia nie byłbym w stanie dalej nagrywać i dzielić się swoją muzyką z całym światem. Gdziekolwiek jestem, cokolwiek robię, próbuję nawiązać kontakt z jak największą liczbą fanów - a to jest dla mnie najważniejsze.
Zawsze utrzymywałem z Wami bezpośredni kontakt, bo każdy z Was pomaga mi osiągnąć cele, które sobie wyznaczałem. Nie mam wątpliwości, że wszyscy mieliście wpływ na każdy etap tej szalonej podróży. Kiedy jest mi źle, to Wy mnie pocieszacie. Jest dokładnie tak, jak śpiewam w piosence Believe - która mówi o tym, jak wiele zawdzięczam swoim fanom, a każde słowo to szczera prawda. Za pomocą tej książki chciałbym pokazać Wam, jak to wszystko wyglądało z mojej perspektywy i jak pomogliście mi to przetrwać.
Dzielenie się z Wami historią mojej podróży to kolejny jej etap - kolejny rozdział pisany wspólnie z Wami. Lubię o tym opowiadać, bo wtedy mogę pokazać ludziom, że wszystko jest możliwe, o ile tylko wierzą w siebie i w swoje możliwości. Moja książka opisuje moje życie w trasie i poza nią. Mam nadzieję, że ta przepustka za scenę wam się spodoba, bo dzięki niej zerkniecie za kurtynę mojego świata. Naprawdę jestem jednym z największych szczęściarzy na tej planecie, bo każdego dnia budzę się, by robić to, co kocham najbardziej - jeździć w trasy, śpiewać i nagrywać muzykę, podróżując po całym świecie. Ale przede wszystkim budzę się codziennie pełen wdzięczności za to, że jesteście i wierzycie we mnie. Byliście ze mną od samego początku i nigdy tego nie zapomnę. Dzięki Wam każdego dnia spełniam swoje marzenie.
Zwykłe „dziękuję” nigdy nie będzie w stanie wyrazić tego, jak bardzo Was cenię, ale z całego serca dziękuje Wam za Wasze wsparcie. Róbmy dalej to, co robimy, a będziemy mogli nadal wspólnie spełniać to marzenie. Uważajcie, bo ja dopiero się rozkręcam (I'm Just Getting Started).
Zawsze utrzymywałem z Wami bezpośredni kontakt, bo każdy z Was pomaga mi osiągnąć cele, które sobie wyznaczałem. Nie mam wątpliwości, że wszyscy mieliście wpływ na każdy etap tej szalonej podróży. Kiedy jest mi źle, to Wy mnie pocieszacie. Jest dokładnie tak, jak śpiewam w piosence Believe - która mówi o tym, jak wiele zawdzięczam swoim fanom, a każde słowo to szczera prawda. Za pomocą tej książki chciałbym pokazać Wam, jak to wszystko wyglądało z mojej perspektywy i jak pomogliście mi to przetrwać.
Dzielenie się z Wami historią mojej podróży to kolejny jej etap - kolejny rozdział pisany wspólnie z Wami. Lubię o tym opowiadać, bo wtedy mogę pokazać ludziom, że wszystko jest możliwe, o ile tylko wierzą w siebie i w swoje możliwości. Moja książka opisuje moje życie w trasie i poza nią. Mam nadzieję, że ta przepustka za scenę wam się spodoba, bo dzięki niej zerkniecie za kurtynę mojego świata. Naprawdę jestem jednym z największych szczęściarzy na tej planecie, bo każdego dnia budzę się, by robić to, co kocham najbardziej - jeździć w trasy, śpiewać i nagrywać muzykę, podróżując po całym świecie. Ale przede wszystkim budzę się codziennie pełen wdzięczności za to, że jesteście i wierzycie we mnie. Byliście ze mną od samego początku i nigdy tego nie zapomnę. Dzięki Wam każdego dnia spełniam swoje marzenie.
Zwykłe „dziękuję” nigdy nie będzie w stanie wyrazić tego, jak bardzo Was cenię, ale z całego serca dziękuje Wam za Wasze wsparcie. Róbmy dalej to, co robimy, a będziemy mogli nadal wspólnie spełniać to marzenie. Uważajcie, bo ja dopiero się rozkręcam (I'm Just Getting Started).
Początek cz.1 ♥
Kiedy byłem mały, nie miałem ambicji zostania gwiazdą. Chciałem być zwykłym dzieciakiem, który robi zwykłe rzeczy. Zacząłem wrzucać filmiki na YouTube'a, kiedy miałem ledwie dwanaście lat, żeby moja rodzina mogła usłyszeć, jak śpiewam. Nie sądziłem, że wykluje się z tego coś wielkiego. Rany, my tylko opublikowaliśmy wideo, a miesiąc czy dwa później, zupełnie znikąd, nagle zaczęły je oglądać całe tłumy. Pochodzę z małego kanadyjskiego miasteczka Stratford, liczącego trzydzieści tysięcy mieszkańców, więc to wszystko jest jeszcze większym szaleństwem, niż mogłoby się wydawać. Zawsze myślałem, że zostanę jakimś stolarzem albo może kiedyś założę własną firmę. Gwiazdorstwo w ogóle nie przyszło mi do głowy. Było tak prawdopodobne, jak wizyta na księżycu albo wygrana na loterii. Ale minęło parę lat i jako czternastolatek nie śpiewałem już tylko dla rodziny - słuchał mnie cały świat. Cała reszta to już historia. Kiedy pierwszy raz opublikowałem swoje filmiki, nie prosiłem o niczyją pomoc. Gdyby tak było, pewnie byśmy z mamą wyjechali z naszego miasteczka do Los Angeles, żeby ktoś mógł mnie odkryć na przesłuchaniach czy castingach. Nigdy w życiu. Nie taką drogę obraliśmy i nie w taki sposób udało nam się dotrzeć tam, gdzie jestem teraz.
Wielu ludzi myśli, że stałem się gwiazdą z dnia na dzień, ale to nie do końca prawda. Oczywiście minęło tylko pięć lat, ale spędziłem je, ciężko pracując, a praca ta kosztowała mnie wiele czasu, wyrzeczeń i ciągłego zaangażowania. Poza tym pięć lat z życia osiemnastolatka to naprawdę sporo. Niektórzy myślą, że ta ciężka praca jest, cóż, zbyt ciężka. A ja? A ja nie znam innego życia i wiem, że to najważniejszy składnik przepisu na sukces. Tak bardzo lubię to, co robię, że nie poświęcam zbyt wiele czasu na sen. Wolę ciężko pracować, robiąc, co do mnie należy, i starać się zostać dokładnie takim wykonawcą, jakim chcę być. Chcę być świetny w tym, czym się zajmuję - chcę zostać najlepszym piosenkarzem na świecie. Żeby to osiągnąć, muszę wciąż starać się być lepszym. Być dobrym dla innych, szanować ich, a przy tym pracować ciężko i wytrwale. Chciałbym stać się takim człowiekiem bez względy na to, czy będę sławny. Ludzie wciąż mnie pytają, jak tego dokonałem. No wiecie, jaki jest mój sekretny sposób na sukces. Powtarzam im, żeby nie bali się tego, co ich przeraża albo co wydaje im się zbyt trudne. Bierzcie przykład ze mnie i z zapałem podejmujcie wyzwania, korzystajcie z okazji, a sami zobaczycie, jak szybko zmieni się wasze życie!
Wielu ludzi myśli, że stałem się gwiazdą z dnia na dzień, ale to nie do końca prawda. Oczywiście minęło tylko pięć lat, ale spędziłem je, ciężko pracując, a praca ta kosztowała mnie wiele czasu, wyrzeczeń i ciągłego zaangażowania. Poza tym pięć lat z życia osiemnastolatka to naprawdę sporo. Niektórzy myślą, że ta ciężka praca jest, cóż, zbyt ciężka. A ja? A ja nie znam innego życia i wiem, że to najważniejszy składnik przepisu na sukces. Tak bardzo lubię to, co robię, że nie poświęcam zbyt wiele czasu na sen. Wolę ciężko pracować, robiąc, co do mnie należy, i starać się zostać dokładnie takim wykonawcą, jakim chcę być. Chcę być świetny w tym, czym się zajmuję - chcę zostać najlepszym piosenkarzem na świecie. Żeby to osiągnąć, muszę wciąż starać się być lepszym. Być dobrym dla innych, szanować ich, a przy tym pracować ciężko i wytrwale. Chciałbym stać się takim człowiekiem bez względy na to, czy będę sławny. Ludzie wciąż mnie pytają, jak tego dokonałem. No wiecie, jaki jest mój sekretny sposób na sukces. Powtarzam im, żeby nie bali się tego, co ich przeraża albo co wydaje im się zbyt trudne. Bierzcie przykład ze mnie i z zapałem podejmujcie wyzwania, korzystajcie z okazji, a sami zobaczycie, jak szybko zmieni się wasze życie!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)