środa, 24 lipca 2013

Śpiewać dla prezydenta ♥

Po raz pierwszy poproszono mnie, żebym zaśpiewał dla prezydenta Obamy i jego rodziny podczas koncertu z okazji Świat Bożego Narodzenia, 23 grudnia 2009 roku. Wykonałem Somebody at Christmas Steviego Wondera. To był prawdziwy zaszczyt i jeden z niewielu momentów, kiedy naprawdę zżerała mnie trema. Jeśli obejrzycie nagranie, poznacie to po moich rękach, bo nie miałem pojęcia, co z nimi zrobić. Byłem jak Will Ferrell w Talladega Nights! Trochę się też martwiłem o swój głos - nadwerężyłem gardło w czasie trasy i bałem się, że nie będę mógł śpiewać. Dosłownie miałem zakaz mówienia aż do momentu wejścia na scenę.

Wszyscy wiedzą, że jestem osobą mocno wierzącą, więc czułem w sercu, że cokolwiek się wydarzy, Bóg będzie ze mną - i rzeczywiście tak było. Tuż przed tym, jak wkroczyłem na scenę, cała moja trema nagle zniknęła. Wiedziałem, że Bóg wysłuchał moich modlitw i nie opuści mnie w trakcie występu. Dlatego tamtej nocy czułem się, jakby prezydent nie był jednym potężnym kolesiem, który mnie wtedy słuchał - czułem się, jakbym śpiewał również dla Boga. To się nazywa publiczność! Zero presji!

Mimo to zdarzyło się coś przedziwnego. Kiedy tylko zacząłem śpiewać, usłyszałem, ze mój głos brzmi całkiem nieźle. Już wiele razy wykonywałem Somebody at Christmas w kościele, więc świetnie znałem tę piosenkę. I chociaż wiedziałem, że lepiej nie nadwerężać gardła, pod koniec utworu poczułem, że powinienem spróbować wyjątkowo wysokiego dźwięku - i tak zrobiłem. Spróbowałem i udało się - Pan był ze mną! Śpiewanie dla prezydenta było czymś szczególnym, ale spotkanie z nim później było jeszcze bardziej wyjątkowe. Wszyscy ściskali jego dłoń i witali się bardzo formalnie, a ja tylko powiedziałem: „Co tam słychać?" - i podałem mu rękę jak kumplowi. Całe szczęście uznał, że to zabawne!

Rodzina prezydenta była chyba zadowolona z występu, bo zaprosili mnie znowu w czasie Wielkanocy w 2010 roku. Poszedłem ze Scooterem, mamą i Kennym Hamiltonem (moim menadżerem i byłym ochroniarzem). Kiedy skończyliśmy szukać jajek wielkanocnych, zapytano nas, czy chcielibyśmy przyjść do Gabinetu Owalnego na spotkanie z prezydentem. Musicie przyznać, że to już coś! Kiedy tam poszliśmy, Kenny powiedział prezydentowi, że służył w marynarce wojennej i poprosił o wspólne zdjęcie. Kiedy pozowali, prezydent podziękował Kenny'emu za służbę dla kraju. Kenny się dosłownie rozpłakał, wychodząc z pokoju - to były łzy dumy i wdzięczności za słowa prezydenta.

Prezydent Obama to naprawdę fajny koleś i po tamtym dniu zrozumiałem, czemu tak wielu ludzi go ceni.

1 komentarz:

  1. Z kazdym rozdzialem coraz bardziej placze, dziękuje ci , ze chce ci soe to przepisywac! Nie mialam zadnej innej mozliwosci aby przecztac chocby kawalek tej ksiazki . Dziekuje kochana <3

    OdpowiedzUsuń